5 błędów, które popełniałam na początku swojej drogi

5 błędów, które popełniałam na początku swojej drogi

Świątecznie poopowiadam Wam o moich porażkach, bo nic tak nie cieszy jak czytanie o cudzych nieszczęściach. Ale tak serio mówiąc, opowiem Wam dzisiaj o błędach, które popełniałam na początku swojej drogi. Czasu nie cofnę, ale być może ostrzegę Was przed nimi?

Nie wyznaczałam granic

Zawsze zgadzałam się na branie pracy do domu, do tego stopnia przyzwyczaiłam moich współpracowników i klientów do tego, że jestem dostępna, że dzwonili do mnie o każdej porze dnia i nocy, w święta, weekendy, późnym wieczorem, bo wiedzieli „że zawsze można na mnie liczyć”. I to było super z jednej strony – wiecie, klienci, po prostu lubili ze mną pracować, wiedzieli, że projekt zostanie dowieziony, że jak coś im się posypie to mogą zadzwonić i na ostatnią chwilę coś razem zmontujemy.

Efekt: Praktycznie nie wychodziłam z pracy, a każde plany musiałam przesuwać żeby wyrobić się z dedlajnami. Relacje z bliskimi mocno cierpią w takich przypadkach.

Brałam każde zlecenie

Nawet jesli nie czułam się zbyt dobrze w danym temacie, klient potrzebował, klient dostawał. Idealnym przykładem były wszelkie materiały drukowane. Potrafiłam je zaprojektować i przygotować do druku, ale cholernie nie lubiłam tego robić. Zapotrzebowanie na nie było jednak dosyć spore i takie zlecenia pomagały mi łatać braki w budżecie, więc po prostu brałam i robiłam. Robiąc jednak coś, co nie sprawiało mi specjalnie frajdy, traktowałam to jako coś, co po prostu TRZEBA zrobić. Najlepiej szybko i bezproblemowo.

Efekt: Nie dawałam więc z siebie 100%, nie byłam specjalnie dumna z tych projektów. Praktycznie żadne nie pojawiały się potem w portfolio, mimo, że robiłam ich całą masę.

Nie ogarniałam zarządzania

To teraz połączcie to mając na uwadze, że jednocześnie nie potrafiłam zarządzać projektami i czasem. Dodajcie do tego studia dzienne, gdzie na zaliczenie, na ostatnią chwilę malowałam trzy obrazy dziennie i sklejałam jakieś dziwne modele. I mimo, że co projekt, powtarzałam sobie, że będę robiła „od teraz” wszystko na bieżąco, to w praktyce zupełnie mi nie wychodziło. Niespecjalnie adresowałam ten problem jako „błędne zarządzanie czasem”, częściej zrzucałam to na zbyt dużą ilość zajęć, albo inne czynniki zewnętrzne.

Efekt: Byłam wiecznie zmęczona, niewyspana i zestresowana tym, że nie wyrobię się z terminami. Okres studiów licencjackich i pierwszych lat pracy zawodowej przeżyłam (o dziwo) na chińskich zupkach, energetykach i białych michałkach. Boleśnie odbiło mi się to po prostu na zdrowiu i kondycji psychicznej.

Próbowałam uczyć się wszystkiego na raz

Zaczynałam po dwa kierunki na raz, żeby po trzech miesiącach rezygnować z wycieńczenia. Jednego dnia czytałam o projektowaniu, programowaniu i psychologii. Jasne, zdobywałam jakąś wiedzę, poznawałam nowe rzeczy, ale wszystko było tak nieuporządkowane, że w gruncie rzeczy mogłabym zupełnie tego nie robić. Chciałam złapać na raz wszystkie sroki za ogon i znów, za mocno przeceniałam swoje siły.

Efekt: Szybko się demotywowałam i traciłam zapał. Zamiast skupić się na jednej rzeczy, próbowałam na czterech, więc trochę traciłam i czas i siłę. Do tego wieczne poczucie, że ciągle nic nie wiem, bo im więcej wyrwanych rzeczy z kontekstu się uczyłam, tym więcej pytań mi się pojawiało.

Za dużo emocji

Był czas, że bardzo emocjonalnie podchodzilam do moich projektów i mocno się do nich przywiązywałam. To chyba taki problem dziecka, które całe życie jest chwalone za „ładne rysunki” i „pomysłowość”, a potem trafia się do środowiska, gdzie wszyscy mają to w pakiecie podstawowym. Spotykając całą masę zdolnych, doświadczonych osób na swojej drodze, mocno zaniżałam swoją wartość jako twórcy. A do tego wszyscy mieli jakieś uwagi! Projektanci z zespołu, art director, klient wiecznie marudził, wykładowcy mówią, że mocno trzeba nad tym i tamtym popracować.

Ja z kolei przekonana o świetnym pomyśle i dobrej realizacji, wszelkie propozycje zmian traktowałam trochę jako atak. I wiecie, dopóki robimy projekty autorskie, dla siebie, a nie klienta, to jeszcze ma sens. Ale pracując w zespole… po prostu musimy przygotować się na współpracę.

Efekt: Byłam wiecznie podirytowana i jakaś taka… zawiedziona sobą. Brak wiary we własne umiejętności też przekładał się na relacje biznesowe.

Ło panie!

Jak sobie pomyślę o tym, co robiłam i jakie miałam podejście rozpoczynając „karierę” zawodową, to wyłania się z tego taki smutny obrazek zmęczonej i zrezygnowanej osoby. I powiem szczerze, że nie za bardzo wiem co motywowało mnie żeby to wszystko ciągnąć. Może absurdalnie wysokie czesne, które „szkoda by było, żeby się zmarnowało”. A może mimo wszystkich tych przeszkód ogromna pasja do tego, co robię? Że w gruncie rzeczy mimo nieprzespanych nocy i wkurzania się na klientów zawsze lubiłam projektowanie.

I chyba ta pasja właśnie była tą siłą napędową. Bo nie wierzę, że jestem aż taką masochistką.