Podsumowanie 2023 – trochę inaczej

To był dla mnie ciężki rok, który zaczynałam powoli wychodząc z żałoby żeby wpaść od razu pod koła zwolnień grupowych. I mimo, że miałam w tym roku dużo smutku, żalu, złości i poczucia rezygnacji, działo się też mnóstwo dobrych rzeczy.

Lubię narzekać (polecam ostatni wpisnagranie jak narzekam na rekrutacje :D). Ale chciałabym też mówić o rzeczach, które lubię i które dały mi dużo pozytywnej energii. Dlatego postanowiłam stworzyć (mimo, że myślałam, że nie znajdę na to czasu), materiał podsumowujący dobre rzeczy w 2023.

Podejście do planów i postanowień

To, co zmieniło się u mnie w tym roku to zmiana podejścia do tworzenia moich planów i postanowień. Jeśli obserwujecie mnie dłużej to widzieliście już moje podsumowania z innych lat. Opowiadam tam jak poszło mi osiąganie założonych na początku roku celów, jaki postęp zrobiłam, co się udało, a co nie.

Po pandemii, wojnie i różnych, prywatnych sytuacjach, doszłam do wniosku, że planowanie rok do przodu, niespecjalnie mi się sprawdza. Zawsze zdarzy się coś, co może mi te plany zaburzyć. I jasne, robiłam sobie półroczne sprawdzanie planów i postępów i zmieniałam te plany do możliwości. Mimo to, ten duży zakres czasu jaki sobie zakładałam, często średnio mi się sprawdzał. Tym bardziej, że większość planów jakie miałam, były do zrealizowania w np. kilka tygodni.

W tym roku postanowiłam spróbować innego planowania i zamiast rocznych celów, wyznaczałam sobie miesięczne. Które później powtarzałam w kolejnych miesiącach lub dostosowywałam je do sytuacji. Inaczej więc planowałam miesiące kiedy miałam pracę, a inaczej kiedy np. wyjeżdżałam z kraju.

Dzięki temu narzucałam też sobie w miarę realne do osiągnięcia cele. Zamiast np. przeczytać 50 w rok, moim planem na jeden z miesięcy było przeczytanie 3 rozdziałów z podręcznika o badaniach rynku, przeczytaniu jednej książki niezwiązanej z projektowaniem i przeczytanie jednej książki po angielsku. Łatwiej było mi więc sięgać po książki z mojego stosu, które mam w domu.

Planowanie dnia też zmieniłam

Zmieniło się też moje podejście do planowania tygodnia i dnia. Miałam wcześniej system, który polegał na tym, że siadałam w niedzielę wieczorem i rozpisywałam sobie plan na cały tydzień. Każdego wieczora spisywałam też listę zadań do zrobienia na następny dzień.

Plus był taki, że wstawałam rano i miałam gotowe zadania do robienia. Minus był taki, że jestem migrenowcem, czasami mam bolesny okres, a czasami łapie mnie przeziębienie. I efekt jest taki, że zamiast robić listę 10 zadań na ten dzień, przerzucałam je na kolejny i kolejny. Robię świetne listy zadań – problem był w tym, że ich nie robiłam.

Więcej oszczędzam, wydaję mniej

Siłą rzeczy zaczęłam mniej wydawać przez sytuację z pracą, ale to był mój cel na ten rok żeby ograniczać pieniądze, które łatwo mi się rozpływały, patrząc na konkretne typy wydatków. Jestem generalnie osobą, której trzymają się pieniądze i wydaje mi się, że i tak nie wydaję ich dużo. Ale mimo to widziałam, że są rzeczy, które potrafię kupować impulsywnie. Moimi największymi wydatkami w zeszłym roku były książki, jedzenie (a dokładnie zamawianie jedzenia do domu), „kawki” na mieście i kursy.

I żeby nie było – dalej zdarza mi się chwycić kawę na wynos, kupiłam w tym roku kilka książek i mam wykupiony dostęp do Interaction Design Foundation i Skillshare. Ale to są wszystko dużo, dużo niższe kwoty niż te, które wydawałam do tej pory. I mega się cieszę, że udało mi się z hard userki Uber Eats przejść na gotowanie w domu. Bo lubię gotować i mam teraz na to dużo czasu.

To oprócz ekonomicznych zalet ma też pozytywny aspekt na środowisko, praktycznie nie wyrzucam teraz jedzenia, nie generuję plastikowych kubków i opakowań z wynosów i dobrze zastanawiam się czy jest faktyczna potrzeba żeby kupić tę czy inną rzecz.

Założyłam działalność w Holandii

To jest coś, co wiedziałam, że będę musiała zrobić prędzej czy później przez działania skupione wokół kanału, newslettera czy bloga. Czasami wchodzę we współprace z jakimiś firmami, realizuję zlecenia na gościnne wykłady, materiały kursowe czy konsultacje dla firm. Więc potrzebowałam móc wystawiać np. faktury.

Dodatkowo zakładam, że dopóki nie znajdę stałej pracy, mam przestrzeń do tego żeby robić zlecenia, audyty czy projekty. Więc zebza jest znowu, oficjalnie firmą z siedzibą w Amsterdamie. I o dziwo stresuję się tym zdecydowanie mniej niż jak miałam firmę w Polsce.

Prowadzę dziennik

To coś, co chciałam spróbować od dawna, bo jestem osobą prowadzącą pamiętniki odkąd nauczyłam się pisać. Mój pierwszy pamiętnik pamięta podstawówkę i jest totalnie przypałowy, ale to świetna pamiątka na całe życie. Z pamiętnika mam jednak ten problem, że prowadzę je mniej lub bardziej regularnie i mam w swojej kolekcji dość duże dziury – i coraz częściej łapię się na tym, że są rzeczy, o których zupełnie zapomniałam. Pamiętniki je zapełniają. No i lubię od czasu do czasu do nich wracać.

W tym roku testowałam nowy kalendarz od Hobonichi (dokładnie model Cousin Techo A5), japońskiej marki papierniczej, który miał pomóc mi zminimalizować liczbę notesów – ma trzy typy kalendarza w środku – miesięczny, tygodniowy i dzienny.

Dość dużo notuję i szkicuję w pracy, do tego robię listy zadań, jakieś cele, więc chciałam mieć wszystko w jednym miejscu. I faktycznie ten notes mi na to pozwolił. No i przez dużo miejsca w kalendarzu dziennym mogłam faktycznie notować wspomnienia i wrażenia z każdego dnia.

Szybko jednak zauważyłam, że tak duża strona dla kalendarza dziennego nie jest mi potrzebna codziennie, a do tego totalnie nie potrafiłam znaleźć zastosowania dla kalendarza tygodniowego. Bo listę zadań do zrobienia i wydarzeń, notowałam już w tym kalendarzu dziennym.

Próbowałam różnych rzeczy, ale nic mi się nie sprawdziło, więc ta część kalendarza stała się miejscem na notatki z rozmów kwalifikacyjnych. Do tego kalendarz jest dość duży i ciężki i nie lubiłam go nosić do pracy, bo jednak miałam tu swoje prywatne notatki, które spisuję po angielsku. Więc też nie chciałam żeby wpadł komuś w ręce.

W przyszłym roku nadal chcę prowadzić dziennik, tym razem w zmniejszonej formie i poprosiłam o nowy kalendarz na święta – więc jest już, czeka na mnie wersja A6 z kalendarzem miesięcznym i dziennym (to Hobonichi HON). I to będzie mój prywatny dziennik. Natomiast na potrzeby pracy, jeśli musiałabym gdzieś wyjść, mieć coś pod ręką, mam mojego starego Traveler’sa (Traveler’s Notebook w wersji passport). Noszę go zawsze ze sobą, bo robi mi za portfel – tu mam wkład, który służy mi też do notowania.

Spełnianie marzeń

Mam różne marzenia – małe i duże, dla niektórych mogą wydawać się idiotyczne. Ale są moje – i postanowiłam, że czas część z nich zacząć spełniać. Postanowiłam to co prawda zanim dowiedziałam się, że nie będę mieć pracy, więc teraz trochę zagryzam zęby na myśl o wydatkach. Ale no tak, kto wie co stanie się za rok, dwa lata. Może nie będzie to już takie proste.

W tym roku udało mi się spełnić jedno z małych podróżniczych marzeń. Wypad do Madrytu żeby zobaczyć na żywo Guernicę Pablo Picasso (Muzeum Narodowego Centrum Sztuki Królowej Zofii) i Muzeum Prado. Nie pytajcie skąd mi się to wzięło, bo nawet specjalnie nie pamiętam. Po prostu na pewnym etapie mojego życia postanowiłam, że bardzo chce to zobaczyć. I zobaczyłam.

W ramach wyjazdu do Walencji udało się na jeden dzień wyskoczyć do Madrytu i zobaczyć to, co chciałam zobaczyć. Muzea w tym roku stały się dla mnie świetną odskocznią i miejscem, do którego wpadam całkiem często w poszukiwaniu inspiracji.

Drugie, duże, podróżnicze marzenie to wyjazd do Japonii, który przekładam od kilku lat. Miałam pojechać w 2019 roku ale z wiadomych przyczyn nie było to możliwe i dość długo kraj kwitnącej wiśni był zamknięty dla turystów. Bilety kupione na przyszły rok, więc trzymajcie kciuki żeby nic się nie odwaliło. I żebym znalazła pracę, bo potrzebuje kasy.

Przeczytałam masę książek

I prawie żadna z nich nie dotyczyła projektowania. Jeśli obserwujecie mój kanał (zapraszam do subskrybowania), wiecie, że moja dizajnerska biblioteczka mieści sporo pozycji. Starałam się odnajdywać wydawnicze nowości, sprawdzać klasyki i polecać je (lub nie) na kanale i blogu. I siłą rzeczy narzuciłam sobie jakąś taką presję, że muszę być na bieżąco.

Więc przez ostatnie lata czytałam głównie podręczniki, felietony, biografie, wywiady związane z projektowaniem, sztuką, badaniami, psychologią. Ciekawe książki, wiele świetnych pozycji, ale straciłam przez to trochę miłość do czytania. I kupę kasy, bo wszystkie książki jakie mam, to pozycje kupione za swoje. Żadna z polecajek nie była współpracą z wydawnictwami.

W tym roku miałam mocne postanowienie, że będę częściej sięgać po inne gatunki i… udało się! Jednocześnie nie kupując nowych, papierowych książek. Wkręciłam się też w Wiedźmina! Do Sapkowskiego miałam kilka podejść jak byłam młodsza i po grze i serialu, nareszcie się przekonałam. I połknęłam je prawie na raz.

W grudniu wyrobiłam kartę biblioteczną, więc mam w planach korzystać ze zbiorów anglojęzycznych. No i mam kolejne podejście do audiobooków. Mam akurat darmowy dostęp do jednej z appek na 3 miesiące i próbuję się wkręcić w słuchanie. Wciąż wolę czytać niż słuchać, ale słuchanie trochę by mi pomogło zmniejszyć książkowy stos wstydu.

Uczę się regularnie języków

Poza angielskim, ze względu na przeprowadzkę uczę się też niderlandzkiego. Każdego dnia w mniejszej lub większej dawce pracuję z jednym lub drugim językiem. I choć nie jest to jakieś imponujące osiągnięcie, jestem zadowolona z postępów. A może bardziej niż z postępów, z faktu, że mam motywację do tego żeby tych języków się cały czas uczyć.

Wciąż codziennie używam Duolingo, co jakiś czas zerkam też do Babbel i Lingvista. Mam trochę podręczników i kilka źródeł internetowych (podcasty, kanały na YouTube). Zaczęłam prowadzić wspomniany dziennik po angielsku, co też było dla mnie formą przełamania się żeby pisać częściej w innym języku. I prosta forma do uczenia się nowych słówek.

Zakumplowałam się też z kilkoma osobami, które nie mówią po polsku. Takie spotkania na luzie, niezwiązane z pracą, też były dla mnie dużym przełamaniem się żeby gadać swobodniej.

I to tyle

Działo się dużo przykrych rzeczy w tym roku i wiem, że zmieniając kartkę w kalendarzu wszystko magicznie się nie zmieni. Ale robienie takiego podsumowania pozytywów, pomaga patrzeć trochę z nadzieją na kolejne miesiące. Świat się nie skończył, jestem, żyję i działam.

Życzę sobie i Wam wszystkiego najlepszego i do zobaczenia w przyszłym roku!

You May Also Like
zdjęcie Ewy
Read More

Live: Czego brakuje w Twoim portfolio?

Jako, że ostatnio, no cóż, zwolniłam się z pracy, przede mną po kilku dobrych latach, zrobienie własnego portfolio. To również obszar, do którego wskazówek na swoim…
Patrycja Walencik
Read More

Live: UX i co dalej?

UX to, UX tamto. Ostatnio odmieniamy go przez wszystkie przypadki. A przecież tworząc produkty pracujemy w różnych konfiguracjach i strukturach. Projektanci mają przed sobą…