Przeprowadzka do Holandii

Za dwa miesiące minie mi rok od przeprowadzki do Holandii, więc dzisiaj trochę o tym. O oczekiwaniach, zaskoczeniach, zdziwieniach i wrażeniach i praktycznej stronie przeprowadzki do innego kraju i szukaniu tam pracy.

Jeśli jesteście tu nowymi osobami, to szybkie wyrównanie wiedzy – do tej pory pracowałam głównie z polskimi zespołami i polskimi klientami. Zdarzały się oczywiście krótsze i dłuższe współprace z firmami z Niemiec, Kanady, Chin, Holandii, Grecji i innych miejsc, ale umówmy się, to trochę co innego, gdy zaczynamy pracę za granicą, jednocześnie wyprowadzając się z kraju.

Od razu wspomnę, że ten tekst nie będzie pewnie zbyt pomocny dla osób, które biorą pod uwagę przeprowadzkę do Holandii z okazji pracy tymczasowej (i np. korzystają z agencji pracy tymczasowej).

I wersję video tego materiału, znajdziecie tutaj, na moim kanale.

Czy konieczny był wyjazd z kraju?

Czy musiałam przeprowadzić się do Holandii żeby dostać pracę? Nie. Widziałam w kilku miejscach takie pytania, więc odpowiadam – nie musiałam wyjeżdżać z Polski, żeby pracować dla zagranicznej firmy. Ale w moim przypadku, cała idea polegała na tym, żeby z kraju się wyprowadzić. A szukanie pracy było konsekwencją tej decyzji. Dla obecnej firmy pracują ludzie mieszkający w Niemczech, Grecji, Pakistanie, mogłabym pracować i z Katowic i wiele ofert, które przeglądałam, zakładały pracę zdalną z terenu Unii Europejskiej. Znam zresztą kilka osób, które wybrały taki tryb pracy mieszkając właśnie w Polsce.

Dlaczego akurat Holandia?

To też pytanie powtarzało się dość często. Holandia w moim przypadku po prostu miała najwięcej sensu. Mam tu rodzinę, przyjaciółkę, znam ten kraj bardzo dobrze, nauka języka idzie mi dość sprawnie (jeśli ktoś się wcześniej uczył niemieckiego i angielskiego to wchodzi idealnie). Jednocześnie jest blisko do Polski, gdybym miała jednak wracać (tutaj spoiler alert, zostałam zwolniona z obecnej pracy i od sierpnia będę oficjalnie bezrobotna, więc kto wie jak pójdzie szukanie nowej pracy :D). Do tego odpowiada mi z punktu widzenia funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Gdybym miała wybierać inne państwo, zastanawiałam się jeszcze kiedyś nad Szwecją. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że tego nie zrobiłam (ale o tym zaraz).

Co jest Twoją główną motywacją?

To takie pytanie, które warto sobie zadać, jeśli zastanawiamy się nad szukaniem pracy gdzieś poza Polską. Dla mnie to było oczywiste – chcę się przeprowadzić, nie opłaca mi się zarabiać w złotówkach – czas znaleźć nową pracę. Skupiałam się na firmach działających w Holandii ze względu na kwestie podatkowe (o tym też trochę niżej). Nie szukałam swojej „wymarzonej” firmy/pracy. Bardziej czegoś co spełniłoby wymagania, żeby przeprowadzić się, utrzymać i przy okazji nie męczyć się codziennie myśląc o pracy. Takie podejście też trochę ułatwiło mi poszukiwania – byłam po prostu dużo mniej wybredna.

Myślę, że trochę inaczej będzie to wyglądać jeśli najpierw znajdziemy pracę, a później zdecydujemy się dla niej przeprowadzić do innego kraju. Inaczej też pewnie będzie wyglądał proces ogarniania administracji, niektóre firmy oferują relokację itd.

30% ruling i inne benefity

Warto sprawdzić, czy wyjeżdżając do innego kraju, nie możemy skorzystać z benefitów. Ja 30% ruling dowiedziałam się w sumie dość późno, na jednej ze stron dla „expatów”. O co chodzi? To zniżka podatku, o którą mogą ubiegać się osoby przyjeżdżające do Holandii do pracy lub studia (chyba doktorat, przyznam, że nie zgłębiałam wszystkich opcji, które mnie nie dotyczyły). Jest jednak haczyk – to ulga podatkowa dla wysoko wykwalifikowanych migrantów, którzy przeprowadzają się do Holandii w celu podjęcia określonej pracy.

Po spełnieniu niezbędnych warunków pracodawca może przyznać kwotę wolną od podatku w wysokości 30% wynagrodzenia brutto podlegającego holenderskiemu podatkowi od wynagrodzeń. Jeśli zostanie nam ta ulga przydzielona, przez kolejne pięć lat (pod warunkiem, że nadal będziemy spełniać warunki), możemy liczyć na sporą zniżkę podatku. Jeżeli się jej nie dostanie lub utraci w trakcie, nie można się już o nią ubiegać (chyba, że wyjedziemy na kilka lat z Holandii). Tak żeby wam przybliżyć o jakiej kasie mowa – u mnie na wypłacie, różnica wynosiła 1000 euro netto. To może być mniej lub więcej zależnie od zarobków oczywiście. O benefit musi ubiegać się pracodawca w naszym imieniu i jest na to określony czas od momentu zatrudnienia. Ja czekałam na przyznanie 4 miesiące (i dostałam zwrot za te cztery miesiące, kiedy podatek był naliczany „normalnie”).

Są dodatkowe obostrzenia – nie można mieszkać wcześniej w Holandii (w formularzu zgłoszeniowym pytają np. o moment przyjazdu do Holandii i jeśli był wcześniej niż rozpoczęcie kontraktu, to dlaczego, i tak dalej), nie można mieszkać też zbyt blisko granicy z Holandią, czy choćby trzeba spełnić określone warunki finansowe (zarobki od kwoty około 40 000 euro rocznie).

Od czego zacząć przeprowadzkę do Holandii?

I tu znów, kolejność, w której ogarniałam rzeczy, była podyktowana moim konkretnym przypadkiem. Tzn. żeby móc ubiegać się o wspomniany benefit nie mogłam najpierw szukać mieszkania i zarejestrować się w Holandii. Musiałam zacząć od szukania pracy.

No i na ten temat macie całą serię na moim kanale – w skrócie – pracy szukałam na LinkedIn z określonymi filtrami ustawionymi na lokalizację i stanowisko pracy. Całość od momentu skończenia CV i portfolio zajęła mi około 3 tygodnie. No i myślałam, że najtrudniejsza część jest już za mną i… nawet nie wiecie jak bardzo się myliłam.

Znalazłam pracę, która oferowała zatrudnienie w Holandii, z nowo otwartym biurem w Amsterdamie (gdzie planowałam szukać mieszkania). Mieli doświadczenie we wnioskowaniu o wspomniany benefit i datę rozpoczęcia ustaliliśmy na październik (cała rekrutacja miała miejsce w lipcu). Dlaczego dopiero październik? Bo miałam już zaplanowany długi wyjazd wakacyjny – trzy tygodnie w podróży, który miałam zakończyć na początku września, no i potrzebowałam jeszcze czasu żeby się spakować, ogarnąć mieszkanie w Katowicach i znaleźć nowe w Amsterdamie. I wiecie, rozgościć się w nowym miejscu. [haha]

Wynajem i dostępność mieszkań w Holandii

Wiedziałam, że rynek mieszkaniowy w Holandii jest trudny. I bardzo trudno jest znaleźć mieszkanie w Amsterdamie. Nie mówię o normalnej cenie, w jakiejkolwiek – na każde, niezależnie od ceny i stanu tego mieszkania ustawiały się kolejki chętnych. I naprawdę nie przesadzam z tymi kolejkami.

Pewnie mógłby powstać o temacie mieszkań osobny materiał, bo to temat rzeka. I pewnie problem znany też wszystkim, którzy szukają mieszkań w miastach studenckich lub innych europejskich stolicach (wiem o dramatycznej sytuacji w Londynie i Berlinie, wyobrażam sobie, że podobnie może być w innych). Amsterdam cieszy się dużą popularnością, w różnych rankingach często pojawia się w topce miast do mieszkania, jest mnóstwo firm, które ściagają do siebie pracowników z innych krajów plus są też uniwersytety. A to oznacza, że stosunkowo małym mieście, kisi się dużo ludzi. I wszyscy muszą gdzieś mieszkać.

Zaczęłam od wynajęcia hotelu

Mój plan był taki – przyjeżdżam w połowie września żeby wyrobić sobie numer BSN (taki holenderski pesel, bez którego trudno cokolwiek załatwić) żeby móc podpisać kontrakt i pod koniec miesiąca przeprowadzam się do Holandii żeby móc szukać mieszkania będąc na miejscu. A to oznaczało, że musiałam wynająć sobie hotel na część września i październik.

I szukałam czegoś co będzie miało stałe łącze, prywatną łazienkę i opcję żebym mogła stamtąd pracować. I to się okazało dość luksusowymi wymogami i koniec końców udało mi się znaleźć pokój w hotelu, który dużą część pokojów wynajmuje właśnie osobom, które muszą przeczekać na znalezienie mieszkania. Minus – nie dałam rady znaleźć podobnego miejsca w Amsterdamie, więc lokalizacja była tak naprawdę wioską pod miastem. No i koszty – jeśli dobrze pamiętam to było około 15 000 zł – bez jedzenia, po prostu sam pokój.

Dostępność hoteli pod koniec wakacji

I jeśli wydaje wam się to dużo, to polecam zerknąć na ceny na bookingu lub Airbnb, zwłaszcza jeśli próbujecie znaleźć coś z miesiąca na miesiąc. I tu wychodzi moje totalne nieogarnięcie, które mnie nawet trochę dziwi, bo wynajmowałam w swoim życiu kilkanaście mieszkań, większość w Warszawie i wiem jak różne okresy w roku wpływają na ceny i dostępność tych mieszkań. I mimo to, zostawiłam sobie wszystko na ostatnią chwilę… W efekcie na airbnb nie było praktycznie nic poza pokojami na jakichś super zadupiach albo mieszkaniach za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Booking też był w dużej mierze wysprzedany, zostały pokoje w hostelach lub bardzo, bardzo drogie hotele, na które po prostu nie było mnie stać. Udało mi się znaleźć wspomniany hotel na stronie – https://www.thehomelike.com no i tu nie mam żadnych zastrzeżeń co do działania serwisu, więc może komuś pomogę poleceniem (nikt mi za to nie płaci).

Szukanie mieszkania w Holandii

No ale to tylko tymczasowe miejsce, no właśnie, bo ja tu miałam mówić o szukaniu mieszkania. Bo to był dramat i nie przesadzę jeśli powiem, że to był jeden z najbardziej stresujących momentów mojego życia. No bo wylądowałam w obcym kraju (który i tak dobrze znałam i miałam tu rodzinę), w hotelu, za który zapłaciłam krocie, z nowo rozpoczętą pracą i ludźmi, których nie znalałam i z wizją, że jeśli czego nie znajdę to… będę musiała płacić za kolejne tygodnie wynajmu.

Mieszkania szukałam na najpopularniejszych serwisach – od Funda.nl, Pararius, grup na Facebooku, po jakieś mniejsze agencje i startupy, które mają pomagać w znalezieniu mieszkania. I wszędzie było to samo – cała masa chętnych. I nie pomogli znajomi w Holandii, znajomi Holendrzy i fakt, że byłam na miejscu, bo pierwszy problem z jakim się spotkałam, to to, że nie byłam zapraszana na oglądanie mieszkania. Bo było po prostu za dużo chętnych lub nie spełniałam warunków. Dużo łatwiej jest wynająć mieszkanie od osoby prywatnej. Jest mniej formalności, ale tu częściej traficie na oszustwa, scamy i typowe dla wszystkich krajów januszerki, gdzie ktoś chce wam wynająć nielegalnie pokój.

Alternatywne sposobu wynajmu

Alternatywą jest wynajem przez pośredników – agencje nieruchomości, maklerów lub wynajem instytucjonalny. I tu pojawia się już problem biurokracji, bo liczba dokumentów, które trzeba było przedstawić, dostarczyć, informacje, które zbierają, to szaleństwo. I to jeszcze zanim w ogóle dowiesz się czy jest szansa na wynajęcie mieszkania. Ja łapałam się wszystkiego, więc pozakładałam konta w popularnych na Fundzie agencjach nieruchomości i korzystałam tylko z tych, które nie pobierały żadnych płatności za założenie konta lub oglądanie mieszkania.

I tak trafiłam na Bouwinvest, w którym chciałam wynająć coś pod Amsterdamem, w okolicznej miejscowości, ale niestety chętnych było za dużo i tym razem mi się nie udało. Natomiast znalazłam u nich na stronie dużo więcej ofert i po prostu zapisałam się na tyle ile mogłam i faktycznie po jakichś dwóch tygodniach dostałam maila, że zapraszają mnie na oglądanie mieszkania. I to się złożyło idealnie, bo akurat oglądanie było tego dnia, kiedy przyjechałam do Holandii na jedną noc żeby wyrobić sobie BSN i godzinę po tym, miałam oglądać mieszkanie w Amsterdamie.

No i to nie była moja ulubiona opcja, przede wszystkim całość była o wiele większa niż szukałam, ale mieściła się w budżecie, który sobie określiłam. I była w Amsterdamie. Więc pojechałam z bratem żeby zobaczyć mieszkanie i na miejscu dowiedziałam się, że do oglądania zostało zaproszone pięć rodzin i po oglądaniu będzie losowanie i trzy kolejne zaproszą do etapu weryfikacji tych wszystkich dokumentów i jeżeli nie wylosują mnie, to będę po prostu na liście rezerwowej. No i nie zostałam wylosowana, więc wróciłam do Polski i dalej szukałam mieszkania. Przez kolejne trzy tygodnie nie miałam właściwie żadnego odzewu i pole moich poszukiwań mieszkania rozszerzyłam już o Hagę, Rotterdam i okoliczne miejscowości.

W mieście czy poza?

I tu uwaga – dużo osób wspominało, że powinnam szukać też w jakichś wioskach pod dużymi miastami, bo komunikacja miejska w Holandii jest tak doskonała, że to nie powinno robić mi różnicy. I mam poczucie, że polecały to głównie osoby, które w Holandii były tylko turystycznie, bo miałam okazję bywać w małych miejscowościach i wiedziałam, że dojazd 10 km może zająć autobusami godzinę. Komunikacja miejska jest, są pociągi, są autobusy, ale trzeba brać pod uwagę, że często jeździ się trasami dookoła wszystkich wiosek i to po prostu zajmuje wieki. Więc jeśli miałabym dojeżdżać codziennie do innego miasta do pracy, to zabierałoby mi to czasami zbyt wiele czasu. Dlatego szukając mieszkania zawsze warto sprawdzić, gdzie jest najbliższa stacja pociągów i gdzie i jakie są autobusy – czy ten dojazd do większego miasta jest jakiś sensowny.

Po prostu miałam fuksa

Jakimś zrządzeniem losu, zadzwoniła do mnie pani, która pokazywała mi mieszkanie – jedyne, do oglądania, którego zostałam zaproszona. Powiedziała, że wylosowane rodziny nie przeszły weryfikacji dokumentów. I czy może jestem nadal zainteresowana? – to ona by mnie zaprosiła do tego kolejnego etapu. Więc pierwsza moja myśl była taka, że skoro oni nie zostali wybrani, to ja tym bardziej nie mam szans, bo byłam w dość nieatrakcyjnej sytuacji.

Do weryfikacji trzeba było dostarczyć:

  • trzy ostatnie paski wypłat (których nie miałam, nie miałam ich również z Polski, bo to był czas, kiedy skończyłam projekty, nie miałam stałej pracy, miałam wakacje i szukałam pracy),
  • dokument potwierdzający, że jestem zameldowana w Holandii (musiałam zgłosić się do urzędu i dostać list z takim potwierdzeniem),
  • informację od pracodawcy na jakich warunkach jestem zatrudniona – ten dokument miał swoją nazwę, której nie pamiętam, ale było tam wylistowane ile zarabiam i na jakim typie umowy jestem,
  • i jeszcze kilka rzeczy, których nie miałam, bo dopiero co przeprowadziłam się do tego kraju.

Plus wszystkie te rzeczy były wymagane też od innych osób, które miały ze mną wynajmować te mieszkanie i tu był problem, bo to w ogóle były osoby, które jeszcze nie miały wyrobionego BSN.

Warto próbować innych podejść

Więc podsumowując, moja sytuacja na papierze była totalnie beznadziejna i sam brak pasków wypłat już mnie dyskwalifikował z tego wszystkiego więc stwierdziłam, że podejdę do tematu trochę inaczej. Zebrałam te dokumenty, które mogłam zebrać. I napisałam bardzo długiego maila z wytłumaczeniem, dlaczego nie mogę dostarczyć reszty, ale jestem na maksa najlepszą ich opcją :D! Bo mam dobrą umowę, spełniam wymogi finansowe, paski wypłat mogę za 3 miesiące dostarczyć, mogę zapłacić do przodu 4 miesiące czynszu, nie palę, nie piję, nie imprezuję i wytłumaczyłam też dlaczego inni wynajmujący nie mogą teraz dostarczyć wymaganych dokumentów.

I trochę pisałam tego maila z przekonaniem, że pewnie nic z tego nie będzie, ale następnego dnia napisali mi, że w sumie spoko – to możemy podpisywać kontrakt po prostu tylko na mnie i tyle. Więc warto chwytać się nieoczywistych rozwiązań :D!

Co po podpisaniu kontraktu?

Udało się podpisać kontrakt na początku listopada i jeśli myślicie, że z tym skończyły się tematy przeprowadzki, to grubo się mylicie. W Holandii popularne jest wynajmowanie mieszkań i domów bez podłogi, w dodatku w moim mieszkaniu miała być wymieniana cała kuchnia na nową i okazało się, że remont zaczął się w dniu odbioru kluczy. Co oczywiście przesunęło moją przeprowadzkę, ale przynajmniej mogłam wszystko dokładnie pomierzyć i zaplanować zakupy podłogi.

Kuchnia okazała się niekompletna i przez kolejny miesiąc bujali się z montażem zlewu i okapu – czyli myłam naczynia w wannie na piętrze i generalnie brak wody w kuchni okazał się dość istotnym problemem o czym nie pomyślałam wcześniej. Po zrobieniu podłogi w jednym pokoju już się do mieszkania przeprowadziłam, w międzyczasie przyjechała większość moich rzeczy z Polski i trzeba był ogarniać malowanie i ściany w kolejnych pomieszczeniach. Co zajęło dużo czasu i dużo kasy, bo mieszkanie było puste, a ja z Polski nie wzięłam zbyt wiele mebli – właściwie biurko i krzesło, a cała reszta była kupowana w Ikei na miejscu.

Kasa, kasa, kasa

Więc na start było sporo kosztów, ale za to nie płaciłam nic agencji za wynajem, ani nie musiałam płacić żadnej kaucji – co było akurat dość dziwne, ale jednocześnie bardzo mnie ucieszyło.

Mieszkanie jest duże i na obrzeżach Amsterdamu, mam swój mały ogródek i pomieszczenie na rowery, mam pokój gościnny, który jest głównie graciarnią i koniec końców jestem super zadowolona, że w tej cenie udało się coś takiego znaleźć. Ile kosztuje wynajem? W moim przypadku to niecałe 1460 euro miesięcznie (4 sypialnie i salon), do tego dochodzą opłaty za śmieci, woda, gaz, prąd, internet. No i trzeba liczyć, że miałam duże koszty na początku z położeniem podłogi (co robiłam samodzielnie, więc i tak udało się oszczędzić) i umeblowaniem wszystkiego. Ale i tak, wyszło taniej niż przeciętne, małe, umeblowane mieszkanie w centrum.

Język – czy angielski wystarczy?

edną z zalet Holandii jest fakt, że właściwie wszyscy mówią tu po angielsku. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, bo okazuje się, że nie do końca tak jest, albo mam szczęście do trafiania na ten mały procent osób, które po angielsku nie mówią wcale. I może to wynikać z osiedla, na którym mieszkam i faktu, że nie ma tu wcale turystów. Ale po przeprowadzce miałam w domu kilka awarii, które wymagały odwiedzin hydraulików i innych specjalistów od napraw rzeczy i większość z nich mówiła dość słabo lub wcale po angielsku.

Trzeba też brać pod uwagę, że duża część stron, systemów, z których trzeba korzystać, nie zawsze ma angielskie tłumaczenie (a jeśli ma, to np. bardzo ograniczone treści) i nie zawsze automatyczne tłumaczenie przeglądarki będzie na nich działać. Więc moją ulubioną appką w telefonie szybko stał się Google Translate i tłumaczenie ze zdjęć.

Więc jak myślę sobie, że mimo, że trochę ogarniam język i mam dużo znajomych, którzy mogą mi w biegu pomóc coś przetłumaczyć albo wytłumaczyć, to wciąż bywało dość trudno i stresująco. Jeśli wyobrażę sobie, że podobne problemy miałabym w Szwecji, gdzie tyle pomocy bym nie miała. No cóż – cieszę się, że wybrałam Holandię.

No i wszystkie listy, powiadomienia z urzędów, przychodzą w języku niderlandzkim, ale to myślę dość oczywiste. Na pewno trzeba się przygotować na to, że tych papierowych listów jest sporo, bo no właśnie – tutaj przechodzimy do różnic.

Różnice

Niski poziom cyfryzacji usług

To, co mnie zaskoczyło najbardziej, to niski poziom cyfryzacji usług państwowych i prywatnych firm. Holenderska appka ING i ich usługi tutaj to jest jakiś żenujący, nieśmieszny żart w porównaniu do tego co mamy w Polsce. Profil zaufany, mObywatel, BLIK, paczkomaty, mnóstwo fajnych sklepów online, drogerii, to jest coś, czego mi z Polski brakuje. Są oczywiście jakieś usługi podobne do tych, które znam z kraju, ale poziom obsługi klienta, czy szybkości działania jest w Polsce nieporównywalnie lepszy.

Prosty przykład z zakładaniem działalności jednoosobowej – w Polsce możemy ogarnąć to online. I ok, formularze ZUSowskie to dramat i zrozumienie ich zajmuje dużo czasu, ale to wciąż lepiej niż stawianie się na umówione spotkania w urzędzie i czekanie, czekanie, czekanie.

I to czekanie na wszystko jest niesamowicie irytujące. Bo zanim cokolwiek załatwimy trzeba się najpierw umówić na spotkanie, znaleźć wolny termin i dopiero okaże się czy coś się da zrobić czy może trzeba umówić się na spotkanie do kogoś innego. Kto śledził moje losy na Instagramie, wie np. że na kartę bankową czekałam ponad miesiąc, co sprawiło, że mogłam korzystać tylko z gotówki, którą żeby wypłacić musiałam znaleźć odpowiedni bankomat.

Inny system kart płatniczych

Bo kolejną różnicą, która na całe szczęście w tym roku się zaczyna zmieniać, jest fakt, że Holandia, korzysta z innego systemu kart płatniczych. Zamiast VISA, mamy vPay. Zamiast Mastercarda, mamy Maestro. Więc jeśli chciałam zapłacić w sklepie, to nie mogłam zrobić tego moimi kartami z Polski albo Revolutowymi. Nie mogłam też np. kupić przez to biletów na komunikację miejską. Tego problemu nie ma w centrum Amsterdamu, gdzie jest dużo turystów, ale jak wspomniałam, pierwszy miesiąc żyłam poza miastem, na wiosce, gdzie bez gotówki nie dałabym rady czegokolwiek kupić.

Opieka zdrowotna w Holandii

To, co jest też inne, a widzę, że dużo przyjezdnych na to narzeka to ochrona zdrowia. Płacimy obowiązkowe miesięczne ubezpieczenie w wybranej przez nas firmie, która oferuje dostęp do określonych zabiegów i specjalistów. I to wychodzi +/- 115 euro miesięcznie lub więcej. A następnie trzeba zapisać się do przychodni – która musi być maksymalnie 15 minut jazdy od miejsca, gdzie mieszkamy. Z racji natłoku ludzi w Amsterdamie, rodzi to sporo problemów, bo ponad miesiąc zajęło mi szukanie przychodni w mojej okolicy, która miała otwarte zapisy na nowych klientów. Legendarne jest zapisywanie na wszystko Paracetamolu lub zalecenie żeby po prostu się położyć, wyspać i nawadniać lub pić herbatę z cytryną.

I tutaj cała opieka opiera się na lekarzach pierwszego kontaktu, lekarzach rodzinnych. Czyli jeśli chcę iść na badanie ginekologiczne, to muszę najpierw iść do mojej lekarki prowadzącej i ona może, ale nie musi zlecić mi wizytę u lekarzy o określonej specjalizacji. I dopóki się nie umiera, to w sumie wszystko jest git. Za to jeśli mamy umowę o pracę, to dużo łatwiej idzie się na krótkie L4. Miewam migreny i dla mnie to np. pół lub cały dzień totalnego wycięcia się z czegokolwiek. Leżę i nie jestem w stanie patrzeć na żaden ekran, słuchać, rozmawiać, zero interakcji. Tu wystarczy zadzwonić do pracodawcy czy wysłać maila, że źle się dzisiaj czuję, muszę wciąż dzień wolny, bo jestem chora i nara. I to tyle. Żadnego chodzenia do przychodzi czy dzwonienia po wystawienie papierka, żeby udowodnić, że naprawdę źle się dzisiaj czuję.

Mniej popularna praca zdalna

Ciekawostką, o które wspomniałam w serii o szukaniu pracy, jest też to, że jest dużo mniej ofert pracy całkowicie zdalnej i raczej oczekuje się, że będziemy przyjeżdżać do biura. Część firm zwraca za te dojazdy kasę – u mnie akurat tak nie było.

Koszty życia w Holandii

Zanim przeprowadziłam się do Holandii zrobiłam sobie rozeznanie ile moja rodzina i znajomi wydają kasy na miejscu, na różne rzeczy. Więc wiedziałam, czego się spodziewać. U mnie to średnio 2,5 tysiąca euro na dwie osoby (wszystkich miesięcznych kosztów). Można wydawać mniej, można wydawać więcej, wiadomo, że dużo zależy od naszych potrzeb, trybu życia, tego jak jemy.

Droga jest komunikacja miejska. Autobusy, pociągi, więc jeśli wiemy, że będziemy mieć dłuższy dojazd do pracy, to trzeba sobie to przeliczyć. Najbardziej opłaca się po prostu kupić rower, z drugiej ręki, zwykły lub elektryczny, jest tego sporo. A do tego bajeczna infrastruktura, więc czasami łatwiej i szybciej jest dojechać gdzieś rowerem, niż komunikacją miejską. Trzeba jednak wziąć poprawkę na holenderską pogodę – częsty deszcz i wiatr. Nie bez powodu ostatnio szalenie popularne zrobiły się właśnie rowery elektryczne.

Możecie pytać od razu – a samochód? Trzeba przygotować się na podatek od tego samochodu. Im większe mamy auto, mocniejszy silnik, tym więcej będziemy płacić. No i w Amsterdamie jest duży problem z parkowaniem – miejsca parkingowe są drogie. W mojej dzielnicy część miejsc jest nadal darmowa, ale to już jest zapowiedziane, że od przyszłego roku się zmieni. Więc nawet mieszkańcy będą płacić za miejsca parkingowe pod domem.

Holandia miała też bardzo wysoką inflację, więc widać to po cenach jedzenia. W Amsterdamie sporo też zapłacimy za wypad do kawiarni lub restauracji. Jeśli jesteście przyzwyczajeni do wychodzącego trybu życia, to trzeba wziąć poprawkę na te ceny. Chociaż w Polsce teraz też jest dość drogo.

Kolejna sprawa, to cholernie wysokie podatki. 49% przy „drugim progu”, do którego obecnie wpadam, a który jest obniżany przez wspomniany wcześniej benefit. Płaci się podatki wysokie i za wiele rzeczy – jakieś podatki za tamę, z góry płaci się za śmieci jeśli przeprowadzamy się w nowe miejsce, no i to robi różnicę. Jednocześnie nie widzę, żeby były tak skrajnie różne zarobki w zależności od branży. Jasne, w IT wciąż zarabia się sporo. Ale proporcja zarobków do kosztów życia jest wciąż bardzo niekorzystna w porównaniu do Polski. Więc jeśli wyjeżdżacie z Polski do Holandii, bo chcecie więcej zarabiać… to ja bym się jednak zastanowiła czy to jest dobra zmiana. Zdecydowanie lepiej zarabiać w euro mieszkając w Polsce.

Przeprowadzka do Holandii a layoffsy

I to by było na tyle jeżeli chodzi o przeprowadzkę do Holandii. Jak wspomniałam na początku – od sierpnia będę bezrobotna, bo moja firma, jak wiele innych zresztą, dokonała zwolnień i prawie cały zespół z Europy został na lodzie. Sytuacja od roku jest trochę napięta i widać to po liczbie aplikujących osób na pojawiające się oferty. Niezależnie czy się zaczyna w UXie czy jest się osobą bardzo doświadczoną, trochę trudniej znaleźć teraz zadowalającą ofertę pracy. Ale szczerze mówiąc – wolę tu szukać nowej pracy niż mieszkania 😀

You May Also Like
praca grafika
Read More

Grafik szuka (pierwszej) pracy

Jedną z najważniejszych, zeszłorocznych decyzji była dla mnie decyzja o porzuceniu pracy zdalnej i znalezieniu stałego zatrudnienia. Obaw pojawiło się całkiem…