Własny sklep, czyli o nieudanym pobocznym projekcie

To tekstowa wersja materiału audio, który pojawił się na moim kanale na YouTube.

Niektóre projekty poboczne nie wychodzą – i to jest ok. Dziś przychodzę do was z historią tego, jak nie wyszedł mi jeden z pobocznych projektów, dlaczego tak się stało i co zrobiłabym inaczej następnym razem? No to lecimy z tym story time.

W 2018 roku założyłam swoją firmę. Potrzebowałam jej z kilku powodów – coraz większej liczby wpadających zleceń związanych z kanałem (współprace), rozpoczęciem pracy w roli wykładowczyni i chęci odpalenia własnego sklepu online. I o sklepie właśnie dzisiaj wam opowiem.

Dlaczego w ogóle założyłam sklep?

To pewnie najgorszy możliwy argument w kontekście prowadzenia biznesu, ale u mnie było to „bo chciałam”. Co więcej – chciałam i mogłam. Przez dużą część mojego nastoletniego i studenckiego życia właściwie miałam coś na kształt sklepu. Długo zajmowałam się rękodziełem, jeździłam na targi, wystawiałam się na Allegro i w serwisach promujących polskie rękodzieło właśnie. Po kilkunastu latach pracy przy kompie, po prostu zapragnęłam wrócić do czegoś… materialnego. Chciałam mieć wrażenie, że pracuję z czymś rzeczywistym, co można dotknąć, zapakować, wysłać. Sklep z fizycznymi produktami wydał mi się ciekawą opcją na odreagowanie od pracy przy kompie.

Z obsesji do papieru…

Kolejna rzecz to notesy i papier w ogóle. Osoby, które obserwują mnie od dłuższego czasu lub po prostu znają prywatnie, doskonale wiedzą jak wielką obsesję mam na punkcie papieru. Notesy, notesiki, kalendarze, planery, szkicowniki – mam tego mnóstwo. I przyjemność i radość sprawia mi odnajdywanie nowych marek (polskich i zagranicznych) i przynoszenie kolejnego produktu do domu, który zazwyczaj leży przez wiele miesięcy (czasem lat) nieużywany. No bo wiecie – jest pewna ograniczona liczba notesów, które jest się w stanie używać jednocześnie.

To „se założyłam”

Postanowiłam więc stworzyć sklep, w którym nie tylko będę sprzedawać papier, właśnie w formie notesów, szkicowników, pocztówek i plakatów, ale w ogóle gadżetów, które pomogą trochę osobom projektującym wyrażać siebie. W planach produktowych były również naklejki na laptopy, naklejki w ogóle, piórniki, plecaki, materiały plastyczne i gotowe zestawy dla tych, którzy chcą zacząć, ale nie wiedzą jeszcze od czego.

Warto jeszcze napomknąć, bo ma to dość duże znaczenie dla całej historii, że nie byłam w tym zamyśle sama. W tworzeniu i prowadzeniu sklepu, zwłaszcza na początku, miał mnie wspierać ówczesny partner. Sam rozważał wprowadzenie kilku produktów do sklepu, a początkowo miał przede wszystkim odciążyć mnie choćby z wysyłek produktów do klientów.

Przyszłość rysowała się kolorowo. Byłam cały czas aktywna zawodowo, dostałam awans, zewsząd spływało sporo propozycji współpracy. Kanał i zebzowa społeczność rosły – a to dawało przestrzeń na inwestycje i takie bezbolesne próbowanie czy kolejny z pobocznych projektów wypali.

To co poszło nie tak? Kilka rzeczy – podzielę je na osobne wątki.

czarny notes własnej produkcji leżący na kawałkach papieru

Zostałam z tym sama

Zacznijmy od tego, że koncept, że nie będę w tym sama w niedługim czasie się rozsypał. Nagle okazało się, że rozpadł się związek, ja zostałam sama w obcym w sumie mieście (do Katowic przeprowadziłam się raptem rok wcześniej), a do tego pracy wcale nie ubywało.

Awanse są super, ale zawsze wiążą się z większą ilością pracy – zwłaszcza, gdy dopiero uczymy się nowej roli. Dochodzą nowe obowiązki, nowa odpowiedzialność, a z nią zawsze stres.

Po pół roku prowadzenia sklepu byłam strzępkiem nerwów, a każde kolejne zamówienia traktowałam jako problem. Bo musiałam ogarnąć czas na zapakowanie towaru, wysłanie go, kiedy tak naprawdę marzyłam o tym by po prostu położyć się i tak sobie leżeć przez miesiąc lub dwa. Nie miałam czasu, ani siły myśleć o rozwoju sklepu. Nie miałam głowy do wymyślania kreatywnych kampanii, robienia ładnych zdjęć, tworzenia nowych produktów. Nie chciało mi się nic, a zamknięcie sklepu nie wchodziło jeszcze w grę – zbyt dużo towaru miałam już po prostu u siebie. W pudełkach zajmujących dużą część mojego mieszkania.

Marketing, a bardziej jego brak

To, co nie pomagało pozbyć się nadwyżek towaru, to fakt, że praktycznie nie ogarnęłam tematu marketingu. Przede wszystkim błędnie założyłam, że mam na tyle dużą społeczność, że szybko powinnam pozbyć się założonego stanu magazynowego – nawet bez większych starań. Wiecie – po prostu powiem, że hej, mam sklep, kupujcie i jakoś magicznie samo się sprzeda.

Mimo to, jeszcze przed startem sklepu miałam gotowe konto na Instagramie i Facebooku, przygotowane wcześniej zdjęcia i grafiki na kilka wpisów do przodu i kilka pomysłów na szersze treści, które pasowałyby zarówno na kanał, a jednocześnie promowałyby moje produkty. Nowa sytuacja, w której się znalazłam, a w związku z tym brak czasu i chęci do czegokolwiek, szybko zwalidowały moje marketingowe plany. Konto na Instagramie zamknęłam dość szybko, Facebook skończył żywot niedługo potem. Jedyne miejsca, gdzie ostatecznie przekazywałam informacje o sklepie, były miejscami, w których działałam już wcześniej.

No i na koniec. Problem, który mam do tej pory – mam spory opór przed promowaniem siebie (w tym swoich produktów) w miejscach poza moją społecznością. Trudno było więc docierać do nowych, potencjalnie zainteresowanych osób. Efekt był taki, że nawet członkowie i członkinie moich społeczności o sklepie… nie mieli zielonego pojęcia. Bo albo nie mówiłam o nim wcale albo wspominałam punktowo np. tylko na Instagram Stories.

przykłady rysunków w szkicownikach

Produkty

Postanowiłam, że zacznę od notesów i szkicowników. Po pierwsze to konkretny produkt, można szybko zadbać o sporą różnorodność (choćby ze względu na formaty i kolory). A do tego, jest łatwy w przechowywaniu i pakowaniu. Po długich poszukiwaniach znalazłam spoko dostawców i drukarnię, choć cały czas miałam poczucie, że to nie jest jeszcze to, co ostatecznie chciałabym produkować. Postawiłam na produkcję dwóch swoich notesów na początek – wersji droższej i tańszej, a także import fantastycznych szkicowników do akwareli, które robiła manufaktura w Wielkiej Brytanii.

Chyba warto wspomnieć tu, że nastawiałam się na produkcję przede wszystkim w Polsce, ewentualnie w ramach Europy, ale zależało mi żeby nie dokładać do śladu węglowego i nie sprowadzać produktów z drugiego końca świata. Na pewno nie brałam pod uwagę produkcji notesów w Chinach, ze względu na kwestie hm etyczne, czas produkcji i małą kontrolę jakości. Bo tak naprawdę to co bym dostała, sprawdziłabym dopiero po tych kilku miesiącach od zamówienia. Produkcja w Polsce pozwalała szybko przeglądać próbne produkty i poznać jakość firmy, która mi je dostarczała. Plus wiecie, wtedy te wszystkie reklamacje, gwarancje i kwestie podatkowe wydawałaby mi się dużo prostsze.

I tak naprawdę to, co znalazłam i zaprojektowałam na początku, zostało już moją główną bazą produktową. Bo jak przyszło do otwarcia sklepu, okazało się, że niespecjalnie mam czas na dalsze poszukiwania dostawców i kontakt z nimi.

Ceny

Wiedziałam od początku, że skoro decyduję się na produkcję w Polsce, to ceny będą dużo wyższe, niż gdybym zdecydowała się na hurtowe zamówienia z Chin (w produkcji to ceny nawet kilkanaście razy niższe za notes). To gigantyczne różnica w cenie, do której trzeba dodać jeszcze swoją marżę. A jest co doliczać, bo prowadząc biznes, trzeba nie tylko pospłacać te wszystkie podatki, ale również fajnie byłoby coś z tego mieć. Koniec końców ceny wyszły dość wysokie za, no cóż, po prostu notes.

Z jednej strony, cena nie brała się zupełnie z kosmosu, to były moje konkretne wyliczenia i wciąż zakładanie, że nie wyciągam z tego grubych milionów. Ale z drugiej strony, tak duża konkurencja, naprawdę dobrych jakościowo produktów, dużo tańszych ze względu na masową produkcję, była nie do przeskoczenia. Miałam oczywiście sprofilowanych użytkowników, którzy zwracają uwagę na kwestie etyczne, środowiskowe, ale z drugiej strony – niespecjalnie do nich docierałam – przez wspomniany właśnie marketing.

No i strona

Moje „MVP” na kupionym szablonie do WooCommerce wisiało, jak możecie spodziewać się, przez cały czas działania sklepu. Miałam sporo planów i wizji jak chcę żeby sklep wyglądał, jak powinny wyglądać zdjęcia i jak ogarnąć pewne rzeczy komunikacyjnie. Ale zabrakło i chęci i czasu żeby coś z tym dalej podziałać. Tu założyłam, że skoro działa, coś tam się da kupić i nie jest aż tak tragiczne, to może dam radę z tym przez jakiś czas pociągnąć.

Ta część, była dla mnie szczególnie irytująca, bo zajmuję się zawodowo projektowaniem i audytowaniem sklepów internetowych. A z drugiej strony pozwoliłam na to, żeby to mocno zaniedbać.

Co wyszło?

Przede wszystkim nauczyłam się mnóstwa rzeczy. Począwszy od tematów związanych z prawem, przez księgowość (którą na początku działania sklepu robiłam sobie sama). Odkryłam, że w gruncie rzeczy mogę sporo i wiem, że gdybym zmieniła zdanie co do tego projektu – tzn. założyła, że chcę go traktować jako biznes, a nie tylko projekcik poboczny, to dałabym radę go pociągnąć dalej.

Dużo nauczyłam się również w temacie, który już mnie kręcił – czyli właśnie papieru. Przy okazji researchu dostawców, technologii druku, rodzajów papieru, klejów i farb, nauczyłam się całkiem sporo. Nie jestem pewna czy będę miała jeszcze okazję żeby taką wiedzę wykorzystać, ale wciąż, sprawiało mi to dość dużo satysfakcji.

Dzięki prowadzeniu sklepu byłam też na bieżąco z narzędziami – co pomagało mi też w pracy, bo sporo pracowałam wówczas z e-commerce i marketplace. Obok narzędzi były też ważne kwestie prawne i zmieniające się często prawo, związane ze sprzedażą online, zarządzaniem danymi osobowymi (no bo przecież obsługując zamówienia pracujemy z takimi danymi) czy choćby utylizacją śmieci powstających przy sprzedaży wysyłkowej.

No i wbrew pozorom cieszy mnie jak szybko odkryłam, że to nie jest projekt, który chcę rozkręcać. Sklep istniał tak długo, tylko dlatego, że miałam spore stany magazynowe i niską sprzedaż. Nie chciałam zostać z całą masą notesów sama, bo to dość spore utopione kwoty w produkcie. Na pewno mogłam go zamknąć szybciej, ale w którymś momencie mocno wrzuciłam na luz i pozwoliłam sobie nie przejmować się tak bardzo. Koniec końców sklep zamknęłam w styczniu tego roku i na razie nie planuję otwierać żadnego innego.

szkicowniki do rysowania makiet

Co bym zmieniła, gdybym robiła to jeszcze raz?

Są takie trzy rzeczy, które wiem, że dopracowałabym dużo dokładniej, niż zrobiłam to przy tym projekcie.

Po pierwsze – strategia.

Pomysł na to jak będę działać długoterminowo, co jest priorytetem, co gdy nie będzie szło jak bym chciała. Decyzja czy to tylko mały projekt poboczny, czy jednak coś, co ma w przyszłości zmienić się w główny biznes. A w związku z tym, ustalenie konkretnych KPI i mierzenie tego jak idzie projekt. Przez długi czas nie potrafiłam nawet odpowiedzieć na pytanie, czy cokolwiek mi się zwraca z tego projektu, czy to wyłącznie utopione koszty. Dużo szybciej zatrudniłabym też księgową, która świetnie uporządkowała mi dokumenty i trzymała rękę na pulsie gdy zmieniały się jakieś kwestie podatkowe.

Po drugie – marketing oczywiście.

I to nie, po prostu marketing, ale konkretny pomysł na sposób komunikacji, plan działań, opracowane kanały. Konsekwencja, spójność, plan – to było coś, czego mocno mi tu zabrakło. Miałam sporo luźnych pomysłów, które nawet nie zostały przeze mnie nigdzie spisane. Nic do czego mogłabym wrócić kiedy miałam chwilę czasu i mogłabym podłubać jakieś posty na portale społecznościowe. Mój marketing był bardzo chaotyczny i nie zawsze miał sens. Przespałam sporo momentów, kiedy dobrze było robić większą promocję, choćby zbliżające się święta.

Po trzecie – nie robiłabym tego sama.

Prawdopodobnie pierwszą z oddelegowanych rzeczy byłyby właśnie działania marketingowe. Ale żebym mogła to zrobić, potrzebowałabym wspomnianej strategii działań i określenie budżetu, który mogłabym na takie działania przeznaczyć i opłacić osobę, która by mnie wspierała. Bo w stanie w jakim byłam rozkręcając sklep, nie byłam w stanie odpowiedzieć, czy będzie mnie w ogóle stać na to, żeby oddelegować część zadań. Bo nie wiedziałam ile więcej musiałabym zarobić, żeby to miało sens finansowo. Miałam przez długi czas również przestrzeń do tego by pracować z dodatkową osobą – było miejsce do pracy, oddzielny stół do pakowania i całkiem nieźle uporządkowane materiały, więc mogłabym mieć kogoś kto wspierałby mnie właśnie w tych czasochłonnych działaniach.

Ech. Po takim czasie wyraźnie widać co poszło nie tak, co zrobiłam źle, co można by poprawić. Czy żałuję, że sklep otworzyłam? W życiu – to była naprawdę spora lekcja pokory i nauki, którą już wykorzystuję w bieżących projektach.

You May Also Like
Read More

Jak wyceniać swoje prace?

Pamiętacie post O pracy za bułkę? Pracodawców trzeba uświadamiać, że to co robicie to nie tylko po prostu rysowanie kółek i kwadratów w illustratorze czy jakieś tam kolorowanie obrazków tylko kawał…
umowa zlecenie czy o dzielo
Read More

Umowa dla grafika

Umowa, to jedno z najważniejszych zagadnień pracy projektanta. Niezależnie, czy pracujecie jako freelancerzy na pojedyncze strzały, czy jakaś firma regularnie korzysta z Waszych usług,…